środa, 20 sierpnia 2008
So I'm Not Handsome

Yuan Lai Wo Bu Shuai
Zhuang Jun Wei myślał przez całe życie, że jest przystojniakiem który może poderwać każdą dziewczynę. Przez zakład z dwoma kumplami postanawia wyznać swoje uczucia najgorętszej dziewczynie w szkole, która i tak go lubi (jasne). Nie wychodzi mu to i zostaje nazwany potworem. Tak jednak rozpoczyna się przygoda 3 chłopaków w poszukiwaniu drugiej połówki.
Serial jest zabawny i czuć jakby to było przeniesienie mangi albo anime do życia(sceny w stylu uderzenie kogoś gaśnicą czy szalone pościgi w których nagle następuje przerwa na odsapnięcie included).
* JJ Lin as Zhuang Jun Wei 莊俊維
* Nicky Lee as Si Si 斯斯
* Michael Zhang as Ah Kang 阿康
* Alice Ceng as Cindy Xu 徐心婷
* Yao An Qi (姚安琪) as Qiao Ping 巧萍
Dużo, naprawdę dużo zabawnych akcji pojawiło się przez te 13 odcinków. Aktorzy dobrani całkiem trafnie i są przekonywujący w szaleństwie które wyprawiają na ekranie. Jedyne do czego można mieć zarzut to zakończenie całej historii. Pojawia się one tak jakby znikąd i jest dodane trochę na siłę. Serial odbieram bardzo pozytywnie i liczę, że coś innego równie dobrego dorwę na Tajwanie.
niedziela, 17 sierpnia 2008
piątek, 15 sierpnia 2008
Pojedynek komiksowych tytanów wakacji 2008

Ostatnie kilka miesięcy przyniosło trochę filmów na podstawie komiksów. Ja wybrałem trzech bohaterów i po wielu męczących testach postanowiłem wyłonić "miszcza" tego lata. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że każdy z pretendentów do miana króla wzgórza pochodzi z innej stajni. Mamy tu Marvel, Dc oraz Dark Horse. Pora zacząć.
Panie i Panowie!!!!
Do walki o mistrzowski pas stają:
w czerwonym narożniku pochodzący z piekła Hellboy,
niebieski narożnik należy do Iron Mana.
Pod sufitem, w cieniu szykuje się już bohater Gotham- Batman.
lets get ready 2 rumble!!!!!!!!
Batman jest najbardziej znany i najpopularniejszy z całej trójki co daje mu pewną przewagę. Hellboy wydaje się być najciekawszym bohaterem dzięki swojemu pochodzeniu. Kto nie uwielbia okultystycznych eksperymentów faszystów i ich szalonych wyników. Do tego jest on w końcu diabłem granym przez człowieka który podkładał głos do gier z serii Fallout (War ... war never changes). Iron Man jest bogatym kobieciarzem nie stroniącym od alkoholu i zna Spider-Mana
Walka była w miarę wyrównana lecz ktoś musi zostać ogłoszony zwycięzcą. W tv, gazetach i radiu ogłoszą nim pewnie nietoperka. Ja jednak tego nie zrobię bo Mroczny rycerz nie podszedł mi bardziej od .......
Sorry uwielbiam ten motyw przewodni, a do tego faworyzuję stajnię Marvel więc walka była od początku ustawiona.
środa, 13 sierpnia 2008
Na tajwanie też robią doramy

W zamierzchłych czasach gdy świat budził się po dotkliwej kolejnej Wojnie Światowej (Rosja i Japonia zakończyły już ją czy nie?),nie było mnie na świecie. Kilkadziesiąt lat później zabrałem się za poznawanie seriali z Japonii które z jakichś przyczyn nazywane są dramami (nie ma to na pewno dużo wspólnego z tym, że większość opowiada o jakimś rodzaju miłości, często niespełnionej). Może chęć odmiany od krwawych filmów i seriali o nastolatkach kosmitach czy zamieszkujących przy jeziorze tworzonych w USA. Może po prostu nie chciało mi się oglądać polskiego [s]hitu o szpitalu na jakimś za.dupiu co przyjmuje więcej przypadków niż Ostry Dyżur. Nie ważne dlaczego, jakoś oglądnąłem te japońskie opery mydlane. Potem sprawdziłem koreańskie i też mnie wciągnęły. Nie miałem nigdy dużego doświadczenia z wytworem tajwańskim. Dokładnie znałem tylko 7 odcinków Devil Beside You które udało mi się odpalić jakimś cudem na PSP (zwalone były). Ostatnio z powodu nudów
w przerwach między robieniem niczego i czekaniem na coś zdecydowałem się na odważny krok
i zapoznanie z doramami z tej nieuznawanej Republiki Chińskiej które ciągle obrywa od ChRL (yay).
WOW te seriale są prze genialne!!!!!!!!!!! Dawno nie oglądałem stuffu tak kosmicznego i mangowego jak ich pomysły. Co prawda wszystko co widziałem było o miłości i bla bla bla,ale sposób realizacji est świetny. Normalnie jakbym Live action School Ruble oglądał.
W taki oto sposób chcę zachęcić ludzi do sprawdzenia tych jakże zabawnych seriali (starczyłoby napisać tylko ostatnie trzy zdania ale tak poważniej wygląda).
Kiedy nadarzy się okazja napiszę o jakichś konkretnych seriach.
Jakiś fragment Ko One
Nie chce mi się grać !!!!!!!!!!
"Gdzie te szalone czasy i nocki zarwane?"Drogie Bravo
Mam ponad 20lat i jestem studentem w małej mieścinie przy Zgierzu. W ciągu roku opier.dalam się prawie bez przerwy i tylko przy sesji jakoś więcej stresu (że w wojsku wyląduje, ale zanosi się na pozytywne zmiany). Nie mam jednak wtedy z niewiadomych powodów czasu na granie na konsolach stacjonarnych a co najwyżej na sesje z PsP w MUKu. Teraz mam wakacje ale jakoś nie chcę mi się specjalnie w nic grać. Wiem, że sezon ogórkowy i killery pojawią się dopiero w okresie jesień/zima ale ja miałem zaległości do nadrobienia. Odpalam takiego Strangleholda i gierka mnie po prostu wku.rwia (że taka nierealna jest i milion kolesi się załatwia). Zarzucę CoD4 i też się jakoś nie chcę specjalnie grać. Tylko jakoś Bioshock mnie ostatnio dłużej przytrzymał przy konsolencji. W innych przypadkach pogram z godzinkę i mnie odrzuca po prostu od Xboxa i wolę gdzieś wyjść czy nawet list napisać!!!
Zawsze miałem się za fanatyka giercowania i obecna sytuacja mnie przeraża. Szanowna redakcjo co mam ze sobą zrobić?
Oddany czytelnik
Dominik Łest
wtorek, 12 sierpnia 2008
Makaveli The don Killuminati 7 Day Theory

Rok: 1996
Gatunek: Rap
Ocena DNE: 9X WestSide
Wytwórnia: DeathRow Records
Exit - 2Pac Enter - Makaveli
Ostatni nagrany za życia i za razem pierwszy wydany po śmierci album Tupaca. Projekt owiany legendą i otoczony mnóstwem teorii związanych z powrotem zza grobu artysty. Sama teoria 7. dnia stanowiła podstawę do nie jednego artykułu czy durnego filmiku na youtube gdzie ludzie udowadniali swingowanie własnej śmierci i przepowiadali dzień powrotu legendy (przekładane już kilkukrotnie jak data końca świata).
Już pierwsze słowa otwierające intro wzbudzały w ludziach podejrzenia, że śmierć była przynajmniej zaplanowana. Dla wielu rzekome "Suge shoot me" było wskazaniem mordercy zza grobu i początkiem kolejnych szalonych teorii. Wydawcy wykorzystali to zamieszanie i zainteresowanie jako element marketingowy. Przykładem tego był teledysk do drugiego na płycie utworu Hail Mary. Przedstawia on zemstę zmarłego muzyka na swych mordercach. Idealne zagranie napełniające kasę DeathRow gdyż mroczny sam w sobie kawałek został okraszony klipem przedstawiającym znaczenie słów "Revenge is the Sweetest joy next to gettin Pussy". Pomijając te kwestie, największą siłą albumu są te mroczne i znacznie ostrzejsze od kawałów z All eyez on Me utwory jak Blasphemy czy Against All Odds.
Utwory są świetnie dobrane do ogólnego klimatu płyty i jedynie Toss it Up jest zbędnym elementem, pozbawionym klimatu i siły pozostałych 11 tracków. Ten raczej klubowy kwałek z dissem na Dr. Dre, nie powinien znajdować się w towarzystwie wyznania miłosnego do pistoletu (Me and My Girlfriend), czy zastanawiania się nad losem kobiety w świecie białego człowieka (White Man'z World) wypada po prostu blado. Ktoś negatywnie nastawionby do Pac'a nazwię całe 7 Day Theory dissem, gdyż jest to element na którym opiera się część kawałków i nawet w To Live and Die in LA pojawia się atak na wspomnianego wcześniej doktora. Jednak gdy pominie się to, płyta staje się pokazaniem kompletnie odmiennego od poprzedniego albumu rodzaju utworów. Właśnie to uczucie, że utwory nie są obione pod publikę stawią pierwszy album pod pseudonimem Makaveli nad ostatnim albumem wydanym za życia jako 2Pac i zaraz za wydanym wcześniej Me against the World.
Nie jestem jednak na sto procent pewny czy ta płyta byłaby tak samo silna gdyby Makaveli nie zmarł przed wydaniem, gdyż obecnie jest ona pewnego rodzaju rozliczeniem Tupaca ze swoją historią i przepowiednią własnej śmierci (i zmartwychwstania), czymś w pewnym sensie mistycznym. Obdzierając z tego płytę staje się ona przedstawieniem ostrzejszej, ulicznej strony artysty który odniósł ogromny komercyjny sukces.
Tracklist:
"Intro/Bomb First" (My Second Reply)"
"Hail Mary"
"Toss It Up"
"To Live & Die in LA"
"Blasphemy"
"Life of an Outlaw"
"Just Like Daddy"
"Krazy"
"White Man'z World"
"Me and My Girlfriend"
"Hold Ya Head"
"Against All Odds"
Re-Animator
Re-Animator [1985]
Reżyseria: Stuart Gordon
Gatunek: Horror, Komedia
Ocena IMDB: 7.2
Zdaniem DNE: 7 zakrwawionych ciał
Kiedyś pewien pisarz znany fanom horrorów do czytania stworzył całą mitologię o potworach z kosmosu itp. To co spłodził było dobre i powstało wielu naśladowców. Pomiędzy kolejnymi opowiadaniami o Dagonie i innych Przedwiecznych Lovecraft bo o nim mowa napisał historię o Herbercie Westcie (Wescie?) która była taką inną wersją Frankensteina widzianą z oczu pomocnika głównego bohatera. Opowiadanie należy do mojego Top 10 utworów tego autora, więc kiedy pierwszy raz oglądałem Re-Animatora miałem spore wymagania. Stuart Gordon znany głównie z ekranizacji opowiadań mistrza stworzył film który nie ma za dużo wspólnego z oryginałem. Akacja została przeniesiona w lata 80. przez co nie uświadczymy tutaj np. obecności Westa na wojnie. To co zostaje to imiona kluczowych postaci i pomysł. Czy to źle?
Z jednej strony tak bo powstaje coś co mogłoby nosić zupełnie inny tytuł gdyż nie jest powiązane zbytnio z twórczością samotnika z Providence. Patrząc na to jednak z innego punktu widzenia to nawet dobrze bo w przeciwieństwie do oryginału książkowego w filmie rozbudowano postać głównego antybohatera.
Na uczelni w wiadomym mieście nowy student poznaje ekscentryka z którym rozpoczyna współpracę. Udaje im się przywrócić do życia martwą tkankę. Sprawia ona jednak tyle problemów że powstrzymywanie zombiaków jest głównym zajęciem studentów. Eksperyment nie jest zwieńczony sukcesem gdyż trupiaki łakną mięsa a powstrzymywanie ich tworzy wiele zabawnych i groteskowych sytuacji. Fabuła filmu jest raczej pretekstem (chociaż powstały sequele ją rozbudowujące) do bezstresowej wyżynki. In plus można liczyć sceny gore i postać głownego bohatera zagrana bardzo fajnie i z charyzmą. Na poczet minusów należy liczyć chaotyczność filmu związaną z tym, że jest on za krótki przez co czasem trudno nadążyc za całym materiałem upchanym przez twórców. Szkoda też trochę zakończenia które mogło być lepsze. Jednak patrząc z perspektywy kolejnych części udało się i nadało filmowi charakterystycznej cechy. Warto, warto i jescze raz warto choćby tylko by poznać jak w zamierzchłych czasach łączono dwa kompletnie odmienne gatunki tworząc z tego zjadliwą papkę.
Reżyseria: Stuart Gordon
Gatunek: Horror, Komedia
Ocena IMDB: 7.2
Zdaniem DNE: 7 zakrwawionych ciał
Kiedyś pewien pisarz znany fanom horrorów do czytania stworzył całą mitologię o potworach z kosmosu itp. To co spłodził było dobre i powstało wielu naśladowców. Pomiędzy kolejnymi opowiadaniami o Dagonie i innych Przedwiecznych Lovecraft bo o nim mowa napisał historię o Herbercie Westcie (Wescie?) która była taką inną wersją Frankensteina widzianą z oczu pomocnika głównego bohatera. Opowiadanie należy do mojego Top 10 utworów tego autora, więc kiedy pierwszy raz oglądałem Re-Animatora miałem spore wymagania. Stuart Gordon znany głównie z ekranizacji opowiadań mistrza stworzył film który nie ma za dużo wspólnego z oryginałem. Akacja została przeniesiona w lata 80. przez co nie uświadczymy tutaj np. obecności Westa na wojnie. To co zostaje to imiona kluczowych postaci i pomysł. Czy to źle?
Z jednej strony tak bo powstaje coś co mogłoby nosić zupełnie inny tytuł gdyż nie jest powiązane zbytnio z twórczością samotnika z Providence. Patrząc na to jednak z innego punktu widzenia to nawet dobrze bo w przeciwieństwie do oryginału książkowego w filmie rozbudowano postać głównego antybohatera.
Na uczelni w wiadomym mieście nowy student poznaje ekscentryka z którym rozpoczyna współpracę. Udaje im się przywrócić do życia martwą tkankę. Sprawia ona jednak tyle problemów że powstrzymywanie zombiaków jest głównym zajęciem studentów. Eksperyment nie jest zwieńczony sukcesem gdyż trupiaki łakną mięsa a powstrzymywanie ich tworzy wiele zabawnych i groteskowych sytuacji. Fabuła filmu jest raczej pretekstem (chociaż powstały sequele ją rozbudowujące) do bezstresowej wyżynki. In plus można liczyć sceny gore i postać głownego bohatera zagrana bardzo fajnie i z charyzmą. Na poczet minusów należy liczyć chaotyczność filmu związaną z tym, że jest on za krótki przez co czasem trudno nadążyc za całym materiałem upchanym przez twórców. Szkoda też trochę zakończenia które mogło być lepsze. Jednak patrząc z perspektywy kolejnych części udało się i nadało filmowi charakterystycznej cechy. Warto, warto i jescze raz warto choćby tylko by poznać jak w zamierzchłych czasach łączono dwa kompletnie odmienne gatunki tworząc z tego zjadliwą papkę.
Versus

Versus [2000]
Reżyseria: Ryuhei Kitamura
Gatunek: akcja, horror(?), komedia
Ocena IMDB: 6.7
Zdaniem DNE: 8.5 siepacza
Versus to rozwinięcie powstałego trzy lata wcześniej pomysłu na filmu yakuza zombie. Nie jest to horror gdzie powolne stwory zjadają super wyszkolonych komandosów ale nie potrafią sobie poradzić z grupką dzieciaków. W następcy Down 2 Hell to te zazwyczaj brutalne potwory są ofiarą przemocy szaleńcy, który przypomina głównego bohatera Devil May Cry.
Fabuła tego filmu jest tylko pretekstem do akcji i nie da się w niej doszukać większego sensu. Głównym bohaterem jest tutaj więzień KSC2-30
(Tak Sakaguchi) który po ucieczce z konwoju policyjnego spotyka się z gangsterami Yakuzy którzy maja mu umożliwić ucieczkę. Z niewiadomych (do czasu) powodów zabrali oni ze sobą porwaną dziewczynę. Doprowadza to sporu którego wynikiem jest kilka trupów budzących się po chwili ponownie do życia. Jak się okazuje las w którym dochodzi do spotkania jest 444. portalem do innego wymiaru zwanym Lasem Zmartwychwstania. Najgorsze (dla widza najlepsze) jest to, że w tym miejscu Yakuza przez długi czas pozbywała się zwłok teraz zasilających armię zombie. Dalej wszystko staje się tylko bardziej zakręcone i porusza nawet wątek odwiecznej walki dobra ze złem.
Versus to film który z założenia miał być czystą rozrywką dla widza i świetną zabawą dla twórców. Tak też się stało gdyż japońska ekipa stworzyła kosmiczne zakończenie zapewniające sequel, a obraz zyskał miano kultowego w pewnych kręgach. Co ciekawe został też zauważony przez hamerykańców którzy wyłożyli kasę na remake*. Jeżeli ma się dobre podejście do tego wytworu chorej japońskiej fantazji, tak na pewno będzie. Tutaj trupiaki biegają z gnatami i tłuką się z jeszcze żywymi, co jest świetną odskocznią od innych produkcji traktujących o nieumarłych, gdzie są powolne i nudne. To jak i ogólna amatorka całej produkcji (zwłaszcza kamera) może odstraszyć i zniechęcić ludzi od oglądania filmu który amerykański raper określiłby mianem dope asian flick. Mieszanka komedii, gore i filmu akcji ze scenami w stylu azjatyckiego niskobudżetowego Matrixa przypadnie do gustu każdemu fanowi kiczowatego kina typu grindhouse. Ewentualnie komuś kto poszukuję czegoś na dobra bekę z kumplami.
Sam nie wiem co mnie tak zachwyca w tym filmie, ale jest to idealna dawka pewnego rodzaju tandety, niesztampowej, wykręconej fabuły i szalonych akcji (patrz filmiki) które po prostu powalają. Trzeba obejrzeć choćby po to by opluwać ichniejsze kino.
Ps. Nie oglądać filmu z dubbingiem (chyba, że niemieckim -wtedy jest jeszcze śmieszniej)
Fabuła tego filmu jest tylko pretekstem do akcji i nie da się w niej doszukać większego sensu. Głównym bohaterem jest tutaj więzień KSC2-30
(Tak Sakaguchi) który po ucieczce z konwoju policyjnego spotyka się z gangsterami Yakuzy którzy maja mu umożliwić ucieczkę. Z niewiadomych (do czasu) powodów zabrali oni ze sobą porwaną dziewczynę. Doprowadza to sporu którego wynikiem jest kilka trupów budzących się po chwili ponownie do życia. Jak się okazuje las w którym dochodzi do spotkania jest 444. portalem do innego wymiaru zwanym Lasem Zmartwychwstania. Najgorsze (dla widza najlepsze) jest to, że w tym miejscu Yakuza przez długi czas pozbywała się zwłok teraz zasilających armię zombie. Dalej wszystko staje się tylko bardziej zakręcone i porusza nawet wątek odwiecznej walki dobra ze złem.
Versus to film który z założenia miał być czystą rozrywką dla widza i świetną zabawą dla twórców. Tak też się stało gdyż japońska ekipa stworzyła kosmiczne zakończenie zapewniające sequel, a obraz zyskał miano kultowego w pewnych kręgach. Co ciekawe został też zauważony przez hamerykańców którzy wyłożyli kasę na remake*. Jeżeli ma się dobre podejście do tego wytworu chorej japońskiej fantazji, tak na pewno będzie. Tutaj trupiaki biegają z gnatami i tłuką się z jeszcze żywymi, co jest świetną odskocznią od innych produkcji traktujących o nieumarłych, gdzie są powolne i nudne. To jak i ogólna amatorka całej produkcji (zwłaszcza kamera) może odstraszyć i zniechęcić ludzi od oglądania filmu który amerykański raper określiłby mianem dope asian flick. Mieszanka komedii, gore i filmu akcji ze scenami w stylu azjatyckiego niskobudżetowego Matrixa przypadnie do gustu każdemu fanowi kiczowatego kina typu grindhouse. Ewentualnie komuś kto poszukuję czegoś na dobra bekę z kumplami.
Sam nie wiem co mnie tak zachwyca w tym filmie, ale jest to idealna dawka pewnego rodzaju tandety, niesztampowej, wykręconej fabuły i szalonych akcji (patrz filmiki) które po prostu powalają. Trzeba obejrzeć choćby po to by opluwać ichniejsze kino.
Ps. Nie oglądać filmu z dubbingiem (chyba, że niemieckim -wtedy jest jeszcze śmieszniej)
* Jezeli załatwią ten film tak jak ostatni filmem Kitamury (Nocny pociąg z mięsem) to lepiej niech ten pan wraca do ojczyzny i tam kręci szalone filmidła a nie traci czas w Usa gdzie studia chca horrorów dla dzieci.
Siepanko
Subskrybuj:
Posty (Atom)



