środa, 15 kwietnia 2009

Najgłupszy film w historii kina?

The Dragon Lives Again [1977]

Reżyseria: Kei Law
Gatunek: Bruceploitation, siepanka, komedia
Ocena IMDB: 6.6
Zdaniem DNE: 7 kopów z pól obrotu

Wielu kinomanów poszukuje filmów wybitnych. Wyjątkowych dzieł kompletnie odmiennych od komercyjnej papki. Czegoś naprawdę artystycznego i ambitnego (szkoda tylko że na takie filmy nie chodzą do kina i dzieła maja wyniki gorsze od HanyMontany czy innych Dragonboli), warto szukać ale nie powinniśmy z tym przesadzać. Ja jak każdy człowiek chętnie obadam dobry film ale nie stronie od komercji czy tandety. W związku z moim ostatnim napadem zainteresowania kinem kopanym z Azji odświeżyłem klasyki i dorwałem nieznane mi wcześniej filmy. Do nich należy Li san jiao wei zhen di yu men czyli Dragon Lives Again.

Największa gwiazda kina sztuk walki niestety zmarła. To nie mogło jednak zatrzymać boomu na filmy z jego udziałem. Bruce mimo śmierci "zagrał" w olbrzymiej ilości filmów które dzięki jego nazwisku miały szansę na sukces. Przykładem takiego filmu jest wspomniana produkcja. Bruce Lee po śmierci trafia do zaświatów/piekła czy czegoś na wzór czyśćca. Po zejściu do czeluści jego wygląd się zmienił (świetny sposób żeby wytłumaczyć dlaczego aktor nie jest wcale podobny do pana Lee) a on sam musi się dostosować do nowego środowiska. Historia nie jest zbyt inteligentna ale to dopiero początek a najlepsze przed nami. Zaświaty posiadają króla którego głównym zajęcie jest uganianie się za dziewczynami topless. Jego osoba denerwuje pewnych mieszkańców którzy tworzą koalicje przeciwko niemu. Rebeliantami są Drakula (w wydaniu chińskim), James Bond (agent 007 nie podobny do siebie ale przynajmniej nie grany przez chińczyka), Clint Eastwood (ze epoki spaghetti westernów grany przez żółtego ludzika z doczepionymi bakami) a także gwiazda kina erotycznego Emanuelle. Bruce ma się do nich przyłączyć albo zginąć(?). Jednak nasz superbohater zamierza rozegrać sprawę po swojemu. Fabuła tego filmu jest tak szalona i surrealistyczna, że może jej współautorem jest David Lynch albo Takeshi Miike. Szkoda tylko że wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Na pierwszy rzut oka widać, że film powstał tylko by wykorzystac mit Małego Smoka i zarobić a nim dużo kasy. Choreografia scen walki przypomina zabawy jakie wyczyniało się na podwórku z kolegami. W niektórych scenach po prostu widać że przeciwnicy już przed dostaniem kopniaka odlatują na kilka metrów. Lee był potężny ale czy aż tak? Film trzeba zobaczyć choćby dlatego, że obecnie prawa autorskie i procesy jakieby powstały uniemożliwiają zebranie tylu postaci i wrzucenie ich do jednego filmu.
Jest to coś wyjątkowego...... niepowtażalna głupota która jednak ma coś w sobie dzięki tak szalonemu pomysłowi na fabułę i wykorzystanie największych postaci fukcyjnych ówczesnego okresu. Zawsze jest szansa że komuś to się tak spodoba, że nakręci amatorski sequel np. z Chuckiem Norrisem i 50centem. Ja chętnie bym coś takiego zbadał (poziom kolejnej wersji awet jeśli robiony gdzieś w piwnicy na pewno nie będzie zbytnio odstawał od oryginału).











Znaczkersy:

Brak komentarzy: